Artykuły

Przestrzeń wspólna

Z Marcinem Brzozowskim rozmawia Maria Janus

Maria Janus: Będziemy mówić o łódzkim offie, o tym, jak działa dziś ze strony organizacyjnej, a mniej o historii.

brzozowskifopatrycjaterciakMarcin Brzozowski: Pojawia się pytanie, co to jest off dzisiaj. Kiedyś nurt off kojarzony był z teatrem studenckim i wpisywał się w szeroki kontekst ruchów o charakterze kontrkulturowym. Dziś off trudniej rozpoznać. Z jednej strony jest to ruch amatorski, który przez rangę tego określenia próbuje nadać sobie dodatkowo jakiejś wartości. Zupełnie niepotrzebnie! Przecież bycie amatorem sztuki to świetna rzecz. Z drugiej strony offem jest teatr profesjonalny tworzony poza instytucjami teatralnymi przez organizacje pozarządowe bądź twórców niezależnych. Środki wyrazu, jakimi posługiwał się dawniej teatr alternatywny, są reprezentatywne dla dzisiejszego profesjonalnego teatru repertuarowego. Mam wrażenie, że rozgraniczenie na off i mainstream jest poruszaniem się w jakichś stereotypach. Metody pracy są coraz bardziej zbliżone dla obu nurtów. Artyści często działają na ich granicy. Dość łatwo też dokonać upraszczającego podziału na tych profesjonalnych, sztampowych i złych aktorów i tych lepszych – misyjnych, offowych. Ja pozostaję przy prostym rozróżnieniu na teatr dobry i zły.

Ale chyba zgadzamy się, że Teatr Szwalnia działa w offie. Co się teraz u was dzieje? Nad czym pracujecie?

Realizujemy teraz przegląd Szwalnia.DOK. To cykl prezentacji zjawisk z zakresu sztuki dokumentu, non-fiction oraz verbatim. To projekt wyraźnie wpisany w nasz program. Od kilku lat w ramach działań partnerskich z innymi teatrami i twórcami tworzymy małe akcje nastawione na bardzo bliski kontakt z widzem. Wychodzimy w przestrzeń pozateatralną w formie tzw. teatralnej interwencji. Nasze działania dokumentalne zaczęły się od warsztatu, który przeprowadziliśmy kilka lat temu w ośrodku dla uchodźców w Grotnikach [pod Łodzią – M.J.]; owocem tego warsztatu była akcja Pobyt tolerowany, stworzona w koprodukcji z Teatrem Kana ze Szczecina. Dziewczyny, które współtworzą z nami Szwalnię [Patrycja Terciak i Katarzyna Skręt – M.J.], zaczęły działać na scenie, wykorzystując język zbliżony do teatru dokumentalnego jako najbliższy im i pozwalający szukać własnych autorskich form wyrazu. Przykładem takiej pracy jest akcja From Bucharest…, która była efektem ich wyjazdu do Rumunii.

Doszliśmy więc do momentu, w którym stwierdziliśmy, że teatr dokumentu zajmuje w naszej pracy ważne miejsce i warto byłoby pokazać w Szwalni najciekawsze naszym zdaniem spektakle tego nurtu w formie przeglądu. Marzę, by była to akcja kontynuowana w następnych latach.

Czyli zaczątek festiwalu, regularnego?

Tak. Wydaje mi się, że jest to nie nowe, ale bardzo ciekawe pole pracy dla twórców teatru. Kierunek, który, mam wrażenie, będzie się intensyfikował. Ma to oczywiście związek ze zmianami społecznymi, kulturowymi, geopolitycznymi, które na naszych oczach dzieją się w świecie i w Polsce. Ważnym elementem rozwoju teatru dokumentalnego jest szukanie nowych sensów pracy i przestrzeni działania przez artystów. Teatr tworzony właśnie jako interwencja, odwołujący się do pracy z archiwami, z dokumentem, z żywym świadectwem ma wyjątkowy, bardzo aktualny wymiar.

Jak wygląda to ze strony organizacyjnej? Jak finansujecie ten festiwal?

Ten przegląd finansowany jest ze środków Wydziału Kultury Urzędu Miasta. Tworzymy go w ramach realizacji zadania publicznego. Stanęliśmy do konkursu z takim projektem i został on wybrany do realizacji. Należy przy tym zaznaczyć, że Urząd Miasta to nasza podstawowa instytucja grantodawcza – cyklicznie wspiera nas, dostrzegając nasz potencjał. Przykładem może być tu również wieloletnia akcja pod nazwą Szwalnia Kultury. To warsztat, który kończy się pokazem efektów wielomiesięcznej pracy wspartej prezentacjami ciekawych wydarzeń z różnych dziedzin sztuki.

Jak wygląda wasz kontakt z UMŁ? Regularnie dostajecie środki? Macie podpisaną umowę na stałe finansowanie? Potrzebne były jakieś nieoficjalne zabiegi?

Nie, nie mamy żadnego stałego finansowania działalności. To jest absolutnie normalny, rutynowy kontakt z urzędem. W momencie gdy jest ogłaszany nabór wniosków, my je składamy i czekamy na wyniki. Nie chcemy i nie dążymy do budowania jakichkolwiek nieformalnych relacji z grantodawcami. Myślimy przede wszystkim o realnej, rzetelnej pracy. Wszystkie organizacje pozarządowe powinny mieć te same warunki startu do pracy, a o ich sukcesie powinna decydować działalność i dobrze zaplanowane projekty na przyszłość.

Jakie informacje zwrotne na temat swojej działalności dostajecie od miasta?

Ewaluacja projektów polega na przyjęciu bądź nie sprawozdań z realizacji i ewentualnym przyznaniu kolejnej dotacji. Nie ma rozbudowanej formuły przekazywania oceny merytorycznej projektów w formie konsultacji.

Jak wchodzi się w taki system pracy? Czy to przychodzi z łatwością artyście, który myśli raczej o sztuce, kiedy trzeba też jakieś miejsce znaleźć, pieniądze, żeby było za co ludziom zapłacić? To twarde lądowanie?

W momencie szukania nowej siedziby dla Szwalni zdecydowałem się wskazać Urzędowi Miasta Łodzi zasadność wsparcia naszej wieloletniej inicjatywy w formie przekazania w użyczenie budynku dla teatru. Koniec końców udało się nawet wynegocjować wsparcie miasta, polegające na utrzymaniu obiektu i jednym etacie dla pracownika, który, jak słyszę od urzędników, ma zostać zlikwidowany. Jest to wspaniała sytuacja, ale także obciążenie. Człowiek kolejny rok pracuje na tak ogromnej przestrzeni, na setkach metrów kwadratowych, bez żadnego pracownika, który zatrudniony jest jako producent i fundriser, nie mówiąc o obsłudze technicznej czy ekipie sprzątającej. W Szwalni większość pracy robiona jest w ramach wolontariatu, a więc siłą rzeczy z doskoku od innych prac i działań. Współpracują z nami osoby, które mają zobowiązania zawodowe poza Szwalnią, i wpływa to na zakres i jakość ich działań dla teatru. Żyjemy od grantu do grantu, w ogromnych nerwach i z troską o ciągłość naszej działalności. Wkładamy w to miejsce mnóstwo energii i czasu, za które najczęściej nie dostajemy żadnej gratyfikacji. Jeśli wpiszemy we wniosek trzy tysiące za koordynację projektu, jeśli ten projekt trwa trzy miesiące, z czego jeszcze 50% to jest nasz wkład własny, a utrzymanie tego miejsca wymaga nakładów, choćby na żarówki do reflektorów, to trudno utrzymać się z tej pracy. Przyznam, że w momencie, w którym otrzymaliśmy wsparcie od miasta w postaci przekazania nam budynku do pracy, mowa była o tym, że będziemy dostawać stopniowo coraz większe zabezpieczenie.

Aż do utworzenia instytucji?

Tak. Rozumieliśmy, że aktem przekazania nam tego budynku urząd komunikuje: „Podoba nam się to, co robicie, zdążajmy razem w kierunku instytucji”. Niestety mam wrażenie, że teraz ta polityka się zmieniła i fakt, że mamy ten budynek, stawia nas w oczach urzędników w uprzywilejowanej względem innych organizacji pozycji. Nie wiem, co będzie dalej. Jesteśmy teraz przed wielkim remontem, który zamieni to miejsce w świetnie wyposażoną przestrzeń. Nie mam jednak jakiejkolwiek długoterminowej, wieloletniej umowy z miastem. Nie wiem, czy po remoncie nie okaże się, że Teatr Szwalnia jest w jakimś sensie marginalizowany w tym nowym budynku. Nie zakładam tego, ale muszę brać pod uwagę wszelkie scenariusze. Nasze działanie jest bardzo trudne. Oczywiście można prowadzić działalność repertuarową, impresaryjną. Ale my chcemy produkować spektakle. Jeśli uda nam się zdobyć pieniądze na produkcję, mamy problem z finansowaniem eksploatacji spektaklu.

Poza festiwalami gramy nowe spektakle zaledwie kilka razy. Frustruje też to, że osobom, które się zaangażowały w tworzenie tego miejsca, nie mogę zapewnić dalszego ich rozwoju w ramach tego miejsca i jednocześnie dać Szwalni pofrunąć wyżej. To jest największy ból i żal, że kiedy postawiliśmy jeden krok, nie możemy iść dalej. Nie chodzi o to, żeby budować w Szwalni zespół artystyczny. Chodzi o zatrudnienie dwóch, trzech osób, które sprawiłyby, że do miasta i jego mieszkańców trafiłoby w efekcie dużo więcej pieniędzy.

Podsumowując: jest łatwo, bo mamy budynek, i z tego samego powodu jest trudno. Na przykład wczoraj graliśmy spektakl. Jest remont, musieliśmy przygotować całą przestrzeń na godzinę spektaklu, czyli całą noc pracowały trzy osoby i jeszcze kilkoro wolontariuszy. Sam spędziłem osiem godzin na drabinie, żeby zawiesić reflektory. I jak to się wiąże z moją pracą artystyczną? No tak, że ja nie mam na nią po prostu czasu albo jestem tak zmęczony i zdołowany ciągłą pracą fizyczną, że odechciewa mi się robić teatr. Dziś jestem w takiej sytuacji, że za trzy tygodnie muszę sfinalizować autorski projekt, a nie jestem w stanie iść dalej z pracą, bo zajmuję się zupełnie innymi rzeczami i po prostu w dalszym ciągu wieszam reflektory.

To jakie są wasze marzenia? Jak by to wyglądało w idealnym świecie?

Myślę, że spełnieniem marzenia byłoby stworzenie warunków, żeby to miejsce żyło non stop. Pierwszym krokiem do tego jest stworzenie w tym budynku lepszych warunków do pracy; zbliżamy się do tego momentu. Z drugiej strony to, o czym mówiłem przed chwilą, czyli stworzenie nam takiego minimum finansowania, które dawałoby podstawy do dalszego rozwoju. Na czym miałby polegać ten rozwój? Chciałbym dążyć do stworzenia centrum, które jest otwarte, które ujawnia, pobudza, prowokuje przeróżnego rodzaju oddolne działania i akcje. Wspiera realnie artystów niezależnych, młodych, którzy np. na zasadzie rezydencji mogliby tworzyć swoje działania. Do tego trzeba zaplecza – ze scenami, z pokojami, w których goście mogą nocować. Działalność rezydencyjna pozwoli wybrać do współpracy tych, którzy są najbardziej aktywni i mają pomysły wychodzące do widza. Myślę o Szkole Filmowej, która jest bardzo blisko. Marzy mi się scena debiutów aktorskich. Szkoły artystyczne często nie przenoszą odpowiedzialności za studentów na okres po studiach. Wydaje mi się, że Szwalnia mogłaby wykonywać tę właśnie pracę. To nie moment dyplomu jest najważniejszy, ale pierwsza praca po dyplomie, realizowana w warunkach mniejszego komfortu. Teatr Szwalnia powinien w dalszym ciągu rozwijać się w ramach działań już realizowanych, takich jak Szwalnia Kultury, Szwalnia.DOK, Łódzki Dom Tańca, festiwal MonoFest.

Jak dziś wygląda współpraca nieinstytucjonalna, na przykład z innymi grupami teatralnymi czy pojedynczymi osobami? Czy chcą na przykład korzystać z tej przestrzeni? Tworzyć koprodukcje?

Z tym jest bardzo różnie. Współpraca najłatwiej przebiega z grupami, które są dobrze zorganizowane i mają autorską strukturę i wizję działania. Nie tworzyliśmy do tej pory wspólnych projektów ani artystycznych, ani edukacyjnych z wieloma grupami. Najczęściej zapraszamy do współpracy konkretnych twórców. Natomiast mamy bliską i stałą relację polegającą na udostępnianiu przestrzeni innym organizacjom. Chyba do wiodących należy tu Teatr Chorea i ich Festiwal Retroperspektywy. Generalnie moja wizja tego miejsca jest taka, aby cały czas dopraszać nowych twórców i nie budować stałej, zamkniętej grupy teatralnej.

Stąd nawet ta zmienność zespołu w waszych pracach teatralnych?

Dokładnie tak. Szwalnia to nie jest zespół teatralny. Szwalnia to miejsce tworzone przez garstkę pasjonatów. Jest to przestrzeń do podzielenia się z tymi, którzy chcą i są gotowi ją współtworzyć. Stąd naturalne przypływy, ale też odpływy różnych osób, które niekiedy bywają trudnym doświadczeniem. Z drugiej strony taka wymiana energii jest czymś bardzo dobrym i ożywczym. Staramy się, aby Szwalnia nie była okopaną i zamkniętą twierdzą. Wciąż jednak oprócz przestrzeni do wspólnej pracy nie mamy dużo więcej do zaproponowania. W tamtym roku ogłosiliśmy na Facebooku otwarcie Otwartej Sceny Inicjatyw. Zasady proste: przychodzicie do Szwalni, wybieracie sobie dowolną przestrzeń i robicie spektakl, a jedynym warunkiem jest to, żeby pokazać efekt pracy w Szwalni. Odpowiedź przyszła od dwóch twórców, a finalnie zgłosiła się jedna osoba, która pracowała u nas przez wiele miesięcy z seniorami. Ta sytuacja pokazuje, że artyści oczekują szerszego niż możemy im zaoferować wsparcia autorskich działań.

Czyli jestem takim człowiekiem, który chce coś zrobić. Przychodzę do was i jakie pytania słyszę w tym momencie?

Pytania typowe dla zbudowania współpracy opartej na spotkaniu. „Co”, a nie „jak”. Jaki taka osoba widzi w swoim działaniu cel i sens? Gdzie w tym planie jest miejsce dla widza? Kto jest potencjalnym odbiorcą i uczestnikiem tych działań? Sprawy estetyczne i zagadnienia formy to sprawa drugorzędna. Ale jeżeli dana propozycja daje nadzieje na to, że teatr zyska realny kontekst społeczny, wtedy siadamy, planujemy, zastanawiamy się nad warunkami współpracy. Jest dużo twórców niezależnych, którzy szukają u nas wsparcia organizacyjnego, potrzebnego do złożenia wniosku grantowego. Jako stowarzyszenie często podejmujemy ten rodzaj współpracy. Ostatnio na tej zasadzie współtworzyliśmy warsztaty tańca i muzyki ludowej.

Ważną działką waszej pracy jest edukacja. To wynik pasji i chęci czy czasem jednak konieczność?

Obecnie mój pierwszy zawód to nauczyciel, wykładowca akademicki. W mojej pracy najbardziej cenię pracę ze studentami pierwszego roku. Cechuje ich wysoki poziom entuzjazmu, który sprawia, że ich praca jest pełna pasji i radości. Podobnie jest z młodymi ludźmi przychodzącymi do Szwalni na warsztaty. Nasze działania edukacyjne są zorientowane na kreowanie twórczych postaw i odwołują się do wspomnień o teatrze, który pamiętamy z okresu liceum. Kiedy to człowiek zamykał się w ciemnej, pełnej tajemnic sali teatralnej i dokonywał najważniejszych w danym czasie odkryć.

Mówiąc o edukacji teatralnej, chcę zaznaczyć, że ubolewam nad tym, że często działalność edukacyjna ośrodków teatralnych wymuszona jest w dużej mierze przez wymogi projektowe. Ubieganie się o granty na akcje artystyczne w ramach „edukacji teatralnej” zwiększa szanse na pozyskanie funduszy na działalność. Bardzo często działania stricte teatralne obudowuje się specjalnie programem edukacyjnym dla zwiększenia ich atrakcyjności.

My też wielokrotnie stoimy przed takim problemem. Chcąc sfinansować premierę spektaklu z funduszy grantowych, musimy zgodnie z regulaminem konkursu nadać działaniom wymiar edukacyjny. Podobnie wygląda sprawa z kwestią wykluczenia społecznego, środowisk defaworyzowanych czy okoliczności rocznicowych. Staramy się więc tworzyć programy dla młodzieży niebędące w istocie działaniem teatralnym poszerzonym na siłę o kontekst edukacyjny. Regularnie od sześciu lat tworzymy na przykład Szwalnię Kultury – program zakładający, poza warsztatami twórczymi, aktywne uczenie się przez młodych ludzi teatru poprzez uczestnictwo w życiu Teatru Szwalnia.

Jakie są efekty tego ich uczenia się?

Nie zawsze udaje się zbudować wieloletnie, trwałe relacje z naszymi warsztatowiczami i śledzić ich dalszy rozwój. Wielu spośród nich zajęło się krytyką teatralną, kilkoro skończyło szkoły teatralne, dużo osób w różnej formie aktywnie działa na rzecz kultury. Ci ludzie kreują przestrzeń publiczną, to jest najważniejsze. Naszym największym sukcesem jest to, że dziesięcioosobowa grupa młodych osób jest w stanie przez okres trzech, czterech miesięcy konsekwentnie przychodzić co weekend do Szwalni, aby pomagać nam organizować to miejsce, uczestniczyć w wielu różnych prezentacjach, a w tygodniu pracować na warsztatach.

Była mowa o marzeniu połączenia pana pracy w Szkole Filmowej z pracą tutaj. Czy ta współpraca już nie działa?

Działa. Często zapraszam studentów do współtworzenia spektakli. W zasadzie większość osób, które zagrały do tej pory w Szwalni, to moi byli lub też obecni studenci. W tym roku chcemy wprowadzić do repertuaru spektakl, który zrobiliśmy ze studentami pierwszego roku na przedmiocie elementarne zadania aktorskie. Pokazaliśmy ten egzamin w ramach akcji „Dotknij Teatru” w tym roku. Była to Tischnerowska Filozofia po góralsku. Studenci różnych wydziałów Szkoły Filmowej są dla nas bazą twórczą.

Jak pan ocenia współpracę twórców offowych w mieście czy szerzej w województwie? Czy można mówić o jakimś łódzkim środowisku offowym?

Z racji pewnej mojej outsiderskiej postawy i nadmiaru zajęć nie mam w tej kwestii rozeznania. Chyba też nie do końca jestem gotowy na czynne współtworzenie offu poza pracą w Teatrze Szwalnia. Daleko mi do tworzenia struktur środowiskowych i szukania dla nich rozwiązań systemowych. Jeśli chodzi o realną współpracę środowiska twórców niezależnych, mam wrażenie, że funkcjonuje ona trochę obok mnie. Wydaje mi się, że inicjatywą aktywizującą łódzki off i zbierającą najważniejsze wydarzenia tego nurtu jest coroczna akcja „Dotknij teatru”. To jest taki czas, kiedy przez kilka dni wiele grup ujawnia się ze swoimi działaniami. Niekiedy łączą swoje siły. „Dotknij Teatru” daje łódzkim grupom i indywidualnym twórcom jedną z niewielu szans wyprodukowania nowej premiery. To jest rzeczywiście taki moment spotkania, kiedy można wymienić się spostrzeżeniami. Spośród łódzkich twórców offu najbliższe relacje łączą mnie chyba z Tomkiem Rodowiczem. Ma to związek z tym, że obaj, choć w różnej skali, tworzymy ośrodki kultury. Jest to konkretna przestrzeń wymiany i inspiracji. Jeśli chodzi o szeroko pojęte środowisko ruchu teatru offowego, nie dostrzegam zbyt dużego przenikania się. Czy tego dotyczyło pytanie?

Właśnie tak. Ja nie widzę takich współpracy w naszym mieście. Przychodzi mi do głowy jedynie spektakl – zresztą produkowany na akcję „Dotknij Teatru” – Dialogus De Passione#Pasja Dialogu w reżyserii Konrada Dworakowskiego. To wydało mi się bardzo wyjątkowe.

To był na pewno bardzo piękny i odważny pomysł. Jeśli mogę mówić o moim marzeniu o współpracy środowiskowej, to byłby to jednak spektakl angażujący twórców w sytuacji długofalowej i zakładającej w większym stopniu wyjście z własnej strefy komfortu. Myślę o działaniu polegającym bardziej na wymianie i ścieraniu się w pracy od zera niż łączeniu elementów typowych dla stylu czy konwencji gry danej grupy.

A jak się pan zapatruje na współpracę z instytucjami publicznymi, czy to teatrami, czy np. Muzeum Sztuki? „Dotknij Teatru” jest takim tworem; do niedawna pieczę nad nim sprawował Teatr Nowy, teraz będzie to Poleski Ośrodek Sztuki. Ale to spotkanie raczej organizacyjne. A artystyczne?

Takie spotkania są możliwe. Ale kiedy myślę o sytuacji teatru Szwalnia, to my przy naszej niewydolności finansowo-organizacyjnej mamy bardzo ograniczone pole działania. Myślę, że wyjście z propozycją do kilku łódzkich instytucji kultury spotkałoby się z pozytywnym odzewem, z gotowością i chęcią do współpracy. Tylko musimy mieć co zaproponować, nie zapominając o wpisanej w naszą wizję oddolnej pracy, nastawionej na tworzenie nowych inicjatyw. Jeżeli dana instytucja zechciałaby nas wesprzeć lub wejść w partnerstwo, dostrzegając wartość naszej pracy nastawionej na długofalowy proces, bylibyśmy szczęśliwi. Choć z drugiej strony nasza praca na rzecz autorskiego sprofilowania programu oraz niezależność artystyczna i organizacyjna przy wszystkich mankamentach obecnej sytuacji sprawia, że Szwalnia jest wyraźną marką miasta. Łódzka publiczność powinna mieć możliwość wyboru z jak najszerszej oferty kulturalnej, a my powinniśmy konsekwentnie realizować nasz program. Wejście w każdą współpracę z instytucjami kultury jest ryzykowne z punktu widzenia wspomnianej wyrazistości. Teatr instytucjonalny i nieinstytucjonalny to jednak wciąż absolutnie dwa różne światy, jeśli chodzi o sposób organizacji pracy i kontakt z widzem.

 


 

MARCIN BRZOZOWSKI – aktor, reżyser. Współtwórca niezależnego teatru Chóry Gertrudy Stein, twórca stowarzyszenia Targowa 62 (2004) skupiającego absolwentów i wykładowców Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi działających na rzecz kultury, twórca Ogólnopolskiego Festiwalu Teatrów Jednego Aktora Monofest. Szef łódzkiego Teatru Szwalnia. Wykłada na wydziale aktorskim łódzkiej Filmówki.
template Joomla