Artykuły

Odpowiedzialność

Z Dariuszem Mikułą rozmawia Adam Karol Drozdowski

Adam Karol Drozdowski: Kana jest jednym z najdłużej nieprzerwanie funkcjonujących teatrów offowych w kraju. Jaka jest wasza recepta na utrzymanie grupy i marki przez tyle dekad?

Dariusz Mikuła fot. Piotr Nykowski www.pozaokiem.eu-45Dariusz Mikuła: Pierwsza rzecz, o której zawsze mówimy, to sama specyfika teatru alternatywnego. U podstaw leżało to, co wpajał w nas Zygmunt [Duczyński, założyciel Kany – przyp. A. K. D.]: robienie więcej niż tylko własnego teatru. Nieskupianie się wyłącznie na własnej kreacji artystycznej, ale dzielenie się tym z innymi, budowanie czegoś, co w końcu zbudować nam się udało – Ośrodka Teatralnego, miejsca kulturotwórczego, miejsca szerokiej działalności, wpływającego na społeczność, w której się działa. Zygmunt zawsze mówił o odpowiedzialności związanej z tym, w jakim miejscu i dla kogo się tworzy. Ta idea rodzi w sferze organizacyjnej określone kierunki – długie trwanie grup niezależnych wynika właśnie z robienia więcej niż tylko teatru. Od samego początku Zygmunt organizował też galerię, zapraszał szereg innych teatrów, tworzył środowisko. Kiedy w końcu uzyskaliśmy osobowość prawną, od razu było wiadomo, że nie możemy zamykać się tylko na kreowanie własnych wypowiedzi artystycznych, musimy budować miejsce i przez nie oddziaływać. Wiedzieliśmy, że tylko w takiej postaci możemy stać się partnerem dla samorządów; najpierw dla urzędu miasta, bo zaczynaliśmy jeszcze przed zmianami administracyjnymi, więc współpraca z urzędem marszałkowskim nastąpiła później.

Jak wobec tego definiowaliście, w jakim miejscu i dla kogo działaliście? Jak te działania wpływały na wasz wizerunek jako partnera dla samorządu?

To, dla kogo i co robimy, wynika i wynikało z wartości, którym zawsze byliśmy oddani. Niezależnie od naszej struktury wciąż są to wartości w duchu alternatywy: ideały działania pod prąd, inaczej niż typowe teatry repertuarowe, miejskie domy kultury… Nazywaliśmy zresztą nasze miejsce autorskim ośrodkiem kultury. Projekty i festiwale takie jak Spoiwa Kultury (dawniej Festiwal Artystów Ulicy) wynikały z naszych marzeń, z doświadczeń naszej obecności na innych festiwalach, spotkań z ludźmi – kiedy pozyskaliśmy siedzibę, chcieliśmy tę energię oddać, wyjść do naszej społeczności z działaniami plenerowymi, przyciągnąć widzów, dać im jak najlepszą, precyzyjnie wypracowaną na poziomie dramaturgii imprezę, stworzyć święto. Wejść w krwiobieg miasta, zatrzymać ludzi na moment, zadać im kilka pytań, czasem po prostu dać uśmiech, poczucie uczestniczenia w czymś niezwykłym. Z kolei poprzez Festiwal Okno (obecnie przekształcił się on w projekt edukacyjny Okno – Zbliżenia) chcieliśmy stworzyć platformę spotkania młodych ludzi, młodzieżowych teatrów z doświadczonymi zespołami, zaoferować im warsztaty, edukować. Ten nasz ogródek budowaliśmy absolutnie samodzielnie. Nie byliśmy niszą, nie kierowaliśmy naszej działalności do wąskiego grona odbiorców – staraliśmy się być konkretną odpowiedzią na braki w polityce kulturalnej Szczecina, które uważaliśmy, że trzeba wypełnić, a przede wszystkim staraliśmy się wsłuchać w potrzeby ludzi.

Przechodziliście mnóstwo zmian organizacyjnych, od nieformalnej grupy przez NGO po samorządową instytucję kultury. Niewiele offowych teatrów może się poszczycić taką drogą. Jak buduje się tak dobre relacje z władzami?

Faktycznie, mogę o tym mówić bezpośrednio ze swojego doświadczenia: cała sfera organizacji i myślenia strategicznego była od początku do końca moją działką. Dla mojej pracy organizacyjnej charakterystyczne było to, że nigdy nie podchodziliśmy do urzędów z postawą roszczeniową; nie uważaliśmy, że nam się należy, ale przynosiliśmy swoje propozycje, projekty, w ramach których dysponowaliśmy pewnymi możliwościami, a brakowało nam na przykład tylko miejsca czy tylko finansów. Żeby być szanowanym, trzeba najpierw pokazać własny potencjał – jeden, drugi, trzeci urząd musi wiedzieć, z jakim partnerem ma do czynienia.

Jakim byliście w oczach miasta partnerem?

Przytoczę takie zdanie wiceprezydenta miasta z lat 1994-98, kiedy otrzymaliśmy siedzibę. Po latach powiedział nam, że starając się przekonać radnych, żeby przyznano nam lokal, mówił, że nie należy się bać tej decyzji, bo my „stworzymy Pałac Młodzieży dla młodzieży, która nie chodzi do Pałacu Młodzieży”. Miasto widziało, na czym polega autorskość naszych propozycji, do jakiej części społeczności, nieobjętej typowymi działaniami miejskich instytucji, potrafimy dotrzeć.

W 1991 roku założyliśmy Stowarzyszenie, siedzibę zdobyliśmy po trzech latach, podczas których pokazywaliśmy się środowisku i miastu nie tylko jako świetny teatr, który robi świetne spektakle, ale również jako organizator ważnych, dobrze ocenianych imprez. Kiedy zwróciliśmy się do ówczesnych władz z prośbą o lokal, też operowaliśmy konkretem: tu i tu jest lokal, ma kilka pomieszczeń, które jesteśmy w stanie zagospodarować, i choć ma skromny metraż, jest idealny dla naszej pracy. Sami wskazaliśmy miejsce i pilnowaliśmy działań, które miały doprowadzić do pozyskania go. Podobnie było z Piwnicą pod Kaną – to my wskazaliśmy ją miastu jako miejsce, w którym możemy stworzyć kawiarnię artystyczną, przestrzeń spotkań, twórczej wymiany. Wykazywaliśmy się nie tylko kreacją w dziedzinach artystycznych, ale i kreatywnością rozwiązań organizacyjnych. Kiedy mieliśmy jakieś problemy, nie szliśmy do wydziału kultury, mówiąc „ooo, nie wiemy, co z tym mamy zrobić”, ale wychodziliśmy z propozycją konkretnych rozwiązań. Wtedy dużo łatwiej zyskać poparcie.

Własny lokal, który jest marzeniem większości grup niezależnych, dla wielu bywa też przekleństwem.

Kiedy dostaliśmy to miejsce, będąc organizacją pozarządową, wiedzieliśmy, że nakładamy na siebie obowiązek opłaty czynszu, mediów, utrzymania całości. Jako grupa artystyczna – i owszem, to był czas, kiedy dosyć intensywnie graliśmy spektakle, co przynosiło jakieś dochody, ale nie były to kwoty wystarczające na te potrzeby – musieliśmy sięgać po różne inne rozwiązania, które w ścisłej współpracy z urzędem miasta realizowaliśmy.

Pierwszym pomysłem na pozyskanie stałych środków na utrzymanie naszego miejsca było przeorganizowanie się jako filia istniejącej instytucji miejskiej. Nie było szans, żeby miasto utworzyło nową instytucję, więc przykleiliśmy się jako filia do Klubu 13 Muz – i na zasadach partnerskiej umowy miasto zwiększyło dotację na jego działalność o środki, które były przekazywane na utrzymanie naszej przestrzeni.

Z początku oczywiście Zygmuntowi to się strasznie nie podobało – bo jakże to, Teatr Kana ma być czyjąś filią?! To była spora przeprawa, prowadziliśmy z nim długie dyskusje, ocierające się o kłótnie i krzyki. Zygmunt oponował, ja mu tłumaczyłem, że to jest tylko rozwiązanie administracyjne i nie ma mowy o żadnej podległości, wreszcie dał się uprosić. W końcu zostało ustalone – zresztą nie wiem, czy ten zapis miał jakąkolwiek moc prawną – że w statucie Klubu 13 Muz Teatr Kana figurował jako jego „niezależna” filia. Szczęśliwie nikt nie oponował i jakoś to przeszło (śmiech).

Szybko zaczęły następować zmiany prawne dotyczące trzeciego sektora – Szczecin był jednym z pierwszych miast w Polsce, które utworzyło biuro do spraw współpracy z organizacjami pozarządowymi. To otwierało nowe możliwości pozyskiwania dofinansowań, a wśród nich tzw. kontrakt. Oczywiście kiedy tylko można było podpisać taką kilkuletnią umowę Stowarzyszenia Teatr Kana z Urzędem Miasta Szczecin, Zygmunt natychmiast zrezygnował z filii na rzecz tego rozwiązania; zresztą było ono dla nas wygodniejsze, bardziej transparentne. Środki na naszą działalność były przekazywane już bezpośrednio przez miasto, byliśmy całkiem niezależni. Oczywiście żeby działać, trzeba było sięgać także po wszelkie możliwe środki zewnętrzne – pojawiły się wtedy m.in. fundusze PHARE-owskie, przedakcesyjne, płynące już z Unii Europejskiej – więc musieliśmy się i w tym wyspecjalizować.

Szło nam to dosyć sprawnie, co potem, kiedy w 2007 roku staliśmy się instytucją, spowodowało, że inne instytucje patrzyły z zazdrością na nasze umiejętności pozyskiwania środków zewnętrznych. Kiedy uczestniczyliśmy w jakichś dyrektorskich szkoleniach z pozyskiwania funduszy, prowadzący mówili: „A jakby coś, to pytajcie Kany, bo oni wszystko wiedzą”.

Lata zdobywania doświadczeń w trzecim sektorze to niezły poligon.

Dokładnie – ta umiejętność wynikała po prostu z potrzeb pozarządówki bez stałych dotacji. W przypadku instytucji to nie była oczywista sytuacja – dla nich, do pewnego momentu żyjących tylko z dotacji, środki zewnętrzne praktycznie nie istniały; dopiero później musiały się wszystkiego nauczyć.

Natomiast wracając do chronologii – przejście na kontrakt z miastem dało nam pewną stabilność, mieliśmy zapewnione stałe środki na utrzymanie, rozwijanie działalności, wkłady własne do pozyskiwania środków zewnętrznych itd. Ale wtedy znów zmieniło się prawo, w 2003 roku uchwalono Ustawę o działalności pożytku publicznego i wolontariacie, wprowadzającą zasadę, zgodnie z którą cały trzeci sektor mógł ubiegać się o środki publiczne wyłącznie na drodze konkursowej – a co za tym idzie, miasto musiało nam wypowiedzieć kontrakt. Co roku musieliśmy więc aplikować o środki z konkursów, jak każdy NGO-s.

Duczyński wraz ze swoją śmiercią w 2006 roku zostawił was więc w okresie przejściowym, już bez miejskiego kontraktu, jeszcze przed wejściem w instytucję.

Tak; jedno, co trzeba przyznać, to że mieliśmy już wtedy za sobą lata organizowania cyklicznych projektów, festiwalu Spoiwa Kultury, Festiwalu Okno, mocnej współpracy polsko-niemieckiej. Miasto wiedziało więc, czego można od nas oczekiwać, jakie konkursy będą zbieżne z naszą działalnością. Oczywiście nie było tak, że jakiekolwiek konkursy były pisane pod nas, ale można powiedzieć, że częściowo wynikały z praktyk kulturalnych, które zdążyliśmy przez lata dla miasta wypracować. Kana była już stałym elementem życia kulturalnego w mieście.

Czas konkursowy był z kolei o tyle trudny, że konkursy zawsze rozwiązywane były z początkiem nowego roku, środki przychodziły w lutym-marcu. Trudno było wobec tego duże działania, takie jak plenerowy festiwal, planować z rozsądkiem – organizacja takich wydarzeń trwa praktycznie przez cały rok. Nie wiedząc, jakimi środkami dysponujemy, kiedy zaczynaliśmy taką organizację, zaczęliśmy strasznie kuleć; to jest niestety problem znany wszystkim pozarządowcom. Wtedy zaczęliśmy się zastanawiać, jak temu zaradzić. Nie było innego wyjścia niż stała dotacja, przynależna instytucjom samorządowym. Rozmowy z miastem zaczęły się toczyć jeszcze za życia Zygmunta – żeby robić dalej tę robotę, jaką my robimy, nie można żyć na grantach. Mieliśmy duże oparcie w pracownikach urzędu miasta, ale oni od razu mówili otwarcie, że nie ma szansy, żeby samorząd miejski podjął wysiłek utworzenia nowej instytucji. Podpowiedziano mi, żeby zrobić to ze wsparciem samorządu województwa – ponieważ formalnie istnieje możliwość funkcjonowania instytucji dwóch organizatorów. Wtedy wysiłek finansowy rozkłada się na dwa samorządy.

Wtedy takie łączone twory już w Polsce istniały, ale tylko w układzie ministerstwo + NGO albo samorząd + NGO. My chcieliśmy utworzyć instytucję dwóch samorządów. To rozwiązanie okazało się idealne – znaleźliśmy w tym czasie porozumienie zarówno z władzami miasta, jak i województwa, dzięki temu wysiłek finansowy nie przekraczał możliwości obu samorządów. W tamtym czasie nie było drugiego takiego tworu, podejrzewam zresztą, że i dotąd jesteśmy jedyną tak zorganizowaną instytucją. Ale wówczas, po ponad trzech dekadach działalności, mieliśmy już mocno ugruntowaną pozycję, wypracowaliśmy sobie przekonanie władz, że warto nam zaufać.

Proces przechodzenia w instytucję kończył się już po śmierci Zygmunta, wobec czego ja z kolei miałem przekonanie, że ta droga to nie tylko wyzwanie, ale przede wszystkim jedyna szansa, żeby utrzymać naszą działalność jako Kana. Trudno mi sobie teraz wyobrazić, jak potoczyłaby się nasza historia po jego śmierci, gdyby nie udało się utworzyć tej instytucji – czy mielibyśmy dość energii, żeby utrzymać się dalej w trybie konkursowym? Teatry alternatywne zazwyczaj mają silnego lidera, który ciągnie za sobą resztę, jest kreatorem pomysłów, reżyserem spektakli, koordynatorem projektów. Po śmierci Zygmunta wiedzieliśmy, że trzeba budować miejsce bez lidera. Instytucjonalizacja najprawdopodobniej pozwoliła nam wtedy w ogóle przetrwać, a dopiero w efekcie rozwinąć działalność jeszcze szerzej.

Co poza finansową stabilnością dała wam opieka samorządów, a co odebrała? Nie wątpię, że ta zmiana ściągnęła na was multum dodatkowych obowiązków.

Oczywiście musieliśmy spełnić wszystkie warunki związane z działaniem instytucji, na dodatek nie tylko my musieliśmy się uczyć nowych procedur, ale razem z nami oba samorządy. Dla wszystkich to była nowa sytuacja, a z funkcjonowaniem takiego łączonego tworu wiąże się parę zawiłości. Chociażby sprawozdania roczne, czy finansowe, czy merytoryczne, musieliśmy składać do jednego i drugiego organizatora, a każdy z samorządów ma inne formularze. Wszystkie dokumenty się podwajały. Ale przyzwyczailiśmy się. Najważniejsze było dla nas zachowanie autonomii programowej i to nam się na szczęście udało – sami w sposób autorski decydujemy o tym, w jaki sposób i w jakich obszarach działamy.

Przede wszystkim jednak wiele nam to ułatwiło. W przeciągu tych lat różnie układały się budżety miasta, różnie województwa, zależnie od tego mogliśmy się mocniej odwoływać do wsparcia drugiego z samorządów. Plusem było też niewątpliwie to, że od początku do końca odpowiadaliśmy zapotrzebowaniom obu organizatorów. Województwo w swoich instytucjach widziało chociażby potrzebę oddziaływania nie tylko na miasto, ale na cały region, a my jeszcze długo przed ZOT-em współdziałaliśmy i regionalnie, i transgranicznie. Nasz autorski program wypełniał te zapotrzebowania już w momencie powołania instytucji, więc całą energię można było przeznaczać na jego rozwój.

Na tle innych instytucji, które wyrosły z offu, jak Teatr Ósmego Dnia, czy grup o podobnie długiej historii, jak Gardzienice czy Terminus a Quo, co wyróżnia dzisiejszą Kanę?

Myślę, że właśnie to wszystko, co wynika z braku lidera. Po śmierci Zygmunta skupiliśmy się przede wszystkim na tym, że od początku do końca chcemy być miejscem autorskim, w którym otwieramy się na siebie i rozwijamy to, co zaczęło się za jego życia – kiedy obok teatru ze stałym zespołem swoje niezależne artystyczne działania prowadzili już też i Janek Turkowski, i Weronika Fibich. Mówiłem im, że teraz jeszcze bardziej musimy podkreślić tę autorskość, stworzyć miejsce, w którym każde z nich będzie się samo rozwijało i robiło swoje projekty. Nie tylko teatralne – Janek w pewnym momencie zajął się bardzo mocno międzynarodową współpracą Kany, Rafał Foremski stworzył projekt Wokół Tradycji, Weronika ukierunkowała się na projekty społeczne, mocno postawiliśmy na działalność edukacyjną. Ta autorskość równomiernie rozłożyła się między nas, wewnątrz grupy aktorskiej także pojawiły się indywidualne projekty warsztatowe, spektakle realizowane z częścią zespołu i zaproszonymi twórcami. W porównaniu do Ósemek czy Gardzienic projekty w naszym miejscu są bardzo zróżnicowane. Często to też bardzo prywatne wypowiedzi. Dzięki temu ci ludzie tym mocniej zidentyfikowali się z miejscem, które dawało im możliwość indywidualnego rozwoju, stali się mocniejsi i znów – mogli proponować przez to tym ciekawsze projekty, wydarzenia artystyczne, które silniej działały na ludzi i umacniały nasze miejsce. Wracamy tym samym do idei odpowiedzialności za miejsce i za ludzi. To wciąż jest dla nas fundament.

 


 

DARIUSZ MIKUŁA – dyrektor Ośrodka Teatralnego Kana od 2007 roku, wcześniej w latach 1991-2007 Prezes Stowarzyszenia Teatr Kana Uniwersytet Szczeciński, aktor Teatru Kana (od 1984 roku). Wspólnie z Zygmuntem Duczyńskim (1951-2006) kierował pracą ośrodka, realizując i koordynując szereg projektów kulturotwórczych, artystycznych i edukacyjnych.
template Joomla