Karolina Matuszewska

NINA ANDRYCZ

Aktor pozbawiony choćby cienia egocentryzmu
nigdy nie będzie wybitny. Trzeba naprawdę wierzyć
w to, co się robi, żeby być wspaniałym na scenie.
Niepewność zabija talent.[1]

Nina Andrycz

Gdy patrzę na portretowe zdjęcia Niny Andrycz, moją uwagę przyciągają przede wszystkim oczy. Duże i lekko skośne, niemal zawsze szeroko otwarte, odważnie spoglądają w obiektyw aparatu. Są w nich siła i upór, z którymi szła przez całe zawodowe życie. Wysoko położone i idealnie zaokrąglone łuki brwiowe, rozchodzące się delikatnie na zewnątrz, dodają im majestatyczności. To oczy królowej, w którą tak często wcielała się na scenie i którą przez szereg lat była dla warszawskiej publiczności. Kobiety uwielbianej i zawsze stojącej na szczycie, a przez to będącej obiektem zawiści i złośliwych komentarzy. Królowej sceny polskiej i żony premiera. Kobiety, która nie przegrywa nigdy.

AndryczUrodziła się w 1912 roku w Brześciu Litewskim. Jej matka była dobrze wykształconą kobietą, władała świetnie trzema językami, co pozwoliło jej na pracę tłumaczki. O ojcu niewiele wiadomo poza tym, że nie należał do przykładnych mężów. Spokrewniony był natomiast z architektem i bliskim współpracownikiem Józefa Piłsudskiego, Czesławem Andryczem. Do rodziny należał także inny architekt, Czesław Przybylski, który zaprojektował budynek Teatru Polskiego w Warszawie, a także Tadeusz i Bolesław Micińscy. Andrycz nigdy nie próbowała nadużywać tych znajomości. Jako kobieta niezależna chciała na wszystko zapracować sama. Była piękna, inteligentna i utalentowana – nie potrzebowała niczyjej protekcji.

W 1917 roku wyjechała z mamą do Kijowa w odwiedziny do krewnych. Tam zastał je wybuch rewolucji. Do Brześcia wróciły dopiero po dziesięciu latach. W trakcie tych przedłużonych wakacji Nina często chodziła z babcią do teatru i opery. Podobno kiedy po raz pierwszy zobaczyła spektakl teatralny, z zachwytu dostała wysokiej gorączki. Już w szkole zachwycała piękną recytacją wierszy – najpierw po rosyjsku, potem po ukraińsku. Marzenie o studiowaniu aktorstwa było naturalną konsekwencją tych wczesnych doświadczeń. Wyjechała z Brześcia do Warszawy, aby w sekrecie przed matką zdać egzaminy do Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej. Dostała się bez problemu, komisja dobrze oceniła jej warunki. Od razu jednak zwrócono uwagę na jej wschodni akcent i zaśpiew, których powinna się pozbyć w trakcie studiów. Przez pierwsze półtora roku Nina Andrycz pracowała bardzo ciężko. Równolegle studiowała na Uniwersytecie psychologię i filozofię. Jednak kiedy podczas lekcji rytmiki i plastyki zemdlała ze zmęczenia, musiała podjąć decyzję. „Albo nauka, albo sztuka!” – krzyczał stojąc nad nią Aleksander Zelwerowicz. Wybrała sztukę.

Szybko poznała swoją wartość. Od dziecka była zdolna i pracowita, co przynosiło wymierne efekty. Kształcąc się w szkołach koedukacyjnych, zorientowała się, że ze wszystkich przedmiotów z wyjątkiem matematyki jest lepsza od swoich kolegów. Będąc na drugim roku studiów, wygrała konkurs na najlepiej zagraną Ofelię w Śmierci Ofelii Wyspiańskiego. Szybko zaczęła przyzwyczajać się do sukcesów. Wprowadzana do zawodu przez Aleksandra Zelwerowicza, Leona Schillera, Aleksandra Węgierkę i Juliusza Osterwę, nauczyła się solidności w pracy, cierpliwości i pokory. Jednocześnie miała sporo szczęścia. „Ominęło mnie statystowanie, nie biegałam z halabardą, nie byłam trzecim głosem w chórze. To zaszczyt i wyróżnienie. Szyfman zaangażował mnie do Teatru Polskiego natychmiast po przedstawieniu dyplomowym”[2].

Historia angażu Niny Andrycz stała się jedną z bardziej znanych anegdot z jej życia. Tuż po debiucie w roli tytułowej Salome z dramatu Oscara Wilde’a Arnold Szyfman wezwał ją do swojego gabinetu. „Ależ to niemożliwe, Nina jest zupełnie naga!” – wykrzyknęła wówczas obecna w garderobie Maria Micińska. „Na kostium Salome narzucimy letni płaszczyk – zdecydował reżyser Janusz Warnecki. – Dyrektor nie może czekać”. Tak więc ubrana jedynie w napierśniki i srebrnozieloną warstwę tiulu wokół bioder, z posypującym się z głowy złotym pudrem, Andrycz otrzymała propozycję angażu do Teatru Polskiego, z którym ostatecznie związała się na ponad sześćdziesiąt pięć lat.

Zanim to jednak nastąpiło, aktorka postanowiła wyjechać do Wilna. Decyzja o zastąpieniu stołecznego etatu prowincjonalnym wynikała przede wszystkim ze spraw uczuciowych. Jeszcze w szkole teatralnej Andrycz nawiązała romans z Aleksandrem Węgierką, sporo starszym od siebie, a na dodatek żonatym wykładowcą i reżyserem. Nina nie potrafiła wyobrazić sobie ich współpracy na deskach Teatru Polskiego; co więcej, przysięgła żonie artysty, że nie rozbije tego małżeństwa. Obietnicy dotrzymała, choć do końca uważała Węgierkę za jedyną prawdziwą miłość swojego życia – jego portret wisiał na ścianie w każdym z jej kolejnych mieszkań. W Wilnie aktorka wytrzymała zaledwie jeden sezon, grając w Teatrze na Pohulance kilka ciekawych ról. Wróciła na tę scenę po wielu latach, występując w sezonie 2012/2013 w dwóch spektaklach Litewskiego Rosyjskiego Teatru Dramatycznego, który obecnie znajduje się w dawnej siedzibie Teatru na Pohulance: Mecz małżeński szwedzkiego autora V. Lindberga i Włamywacz z lepszego towarzystwa Tytusa Czyżewskiego. Tym samym zatoczyła koło w swojej aktorskiej karierze.

Po powrocie do Warszawy w ciągu zaledwie czterech sezonów poprzedzających wybuch drugiej wojny światowej Nina Andrycz zrobiła błyskotliwą karierę. Największym sukcesem okazała się Solange z Lata w Nohant Jarosława Iwaszkiewicza, którą zagrała mając dwadzieścia cztery lata. Ta rola zapewniła jej wejście do elitarnego kręgu warszawskich gwiazd, a także przyniosła lawinę kwiatów, listów i propozycji matrymonialnych. Zaczęto chodzić do Teatru Polskiego dla „Andryczki”. „Solange mnie naznaczyła – mówiła Andrycz w rozmowie z Łukaszem Maciejewskim. – To właśnie wtedy zyskałam status gwiazdy. Moja gaża wzrosła z dwustu pięćdziesięciu ówczesnych złotych do sześciuset. Dla mnie była to prawdziwa fortuna. […] Przez wiele lat tak się do mnie zwracano. Nie – Nino, nie – pani Andrycz, tylko – Solange. To niekiedy bywało niezręczne, ale w sumie sympatyczne. »Jak się masz, Solange?«, zapytał mnie po wojnie Iwaszkiewicz. Miałam już siwe włosy, a kobiety w autobusie albo na ulicy wciąż pozdrawiały mnie słowami: »Solange, lato trwa«”[3]. Ta popularność wśród warszawiaków wzrosła jeszcze bardziej w 1937 roku, kiedy Andrycz została królową mody i elegancji. Wówczas Szyfman powierzył jej pierwszą w karierze rolę prowadzącą. Była to Lukrecja Borgia w Cezarze i człowieku Adolfa Nowaczyńskiego, w którym partnerował jej Kazimierz Junosza-Stępowski. Zainteresował się nią również amerykański krytyk Alfred Harding. „Radzę natychmiast zacząć naukę języka angielskiego – powiedział. – Zorganizuję debiut pani w Ameryce i w Anglii”[4]. Plany te pokrzyżował jednak wybuch wojny.

Nina Andrycz spędziła w Warszawie sześć ciężkich lat, pracując jako kelnerka w teatralnej kawiarni. Nie grała w przedstawieniach ani filmach dla Niemców, choć próbowano ją do tego namówić. Podczas powstania pomagała rannym, opatrywała ich, zdobywała jedzenie, pełniła dyżury. Podobno samą swoją urodą i obecnością dodawała walczącym otuchy. „Dopóki Andryczka się maluje, nos pudruje, to my nie możemy przegrać” – mówili akowcy. Oni jednak przegrali, ona zaś wojnę przeżyła. Trafiła do Łodzi, skąd Arnold Szyfman ściągnął ją z powrotem do Warszawy. Wspólnie z pozostałymi członkami nowo zgromadzonego zespołu zamieszkała w praskim Domu Aktora przy ul. Wileńskiej 13. Nie wróciła jednak od razu do pracy. Na inau-
gurację Teatru Polskiego Arnold Szyfman wybrał Lillę Wenedę, której reżyserię powierzył Juliuszowi Osterwie. Nowy kierownik literacki Jarosław Iwaszkiewicz zaproponował Andrycz do roli Rozy, jednak Osterwa uznał, że aktorka wystarczająco dobrze mówi wierszem, przez co praca nad Słowackim nie będzie dla niej szczególnie interesująca. Zaproponował więc rolę współczesnej, zbuntowanej dziewczyny w awangardowej sztuce Kazimierza Korcellego Papuga. Praca nad nią wymagała od Andrycz odejścia od patosu na rzecz jak największej naturalności. I choć nie udało jej się całkowicie wyzbyć aktorskiej maniery, rola ta okazała się sukcesem.

Tak zresztą było niemal z każdą kolejną kreacją Niny Andrycz. Obsadzana głównie w rolach majestatycznych władczyń, heroin i tragiczek, szybko stworzyła swoje aktorskie emploi. Grała królowe: Kleopatrę, Lady Makbet, Reganę w Królu Learze, Lukrecję Borgię, Marię Stuart, Balladynę, Elżbietę I, carycę Katarzynę Wielką; a także arystokratki: Lady Milford w Intrydze i miłości oraz Elżbietę Valois w Don Karlosie Schillera, Izabelę Łęcką w Lalce, Marynę Mniszek w Borysie Godunowie, trzykrotnie Szimenę w Cydzie Corneille’a. Nadawała się do nich znakomicie dzięki swoim fizycznym warunkom: posągowej sylwetce, wspaniałej urodzie oraz wyjątkowemu brzmieniu głosu. Sprawiała wrażenie osoby dostojnej i eleganckiej, która swoją pasywną i wręcz koturnową postawę kontrapunktuje pasją w głosie. Zarzucano jej niekiedy nadmierną deklamacyjność i gładkość frazy, skłonność do maniery i patosu. Stopniowo próbowała z tym walczyć. Pomagała jej otwartość na nowe wyzwania: pracowała nie tylko z klasykami, wspomnianymi już mistrzami ze szkoły teatralnej i Teatru Polskiego, ale również z młodymi buntownikami: Konradem Swinarskim czy Adamem Hanuszkiewiczem. Dzięki temu udało jej się wyjść poza królewskie emploi i odnieść sukces także w rolach mieszczek (tytułowe bohaterki w Moralności pani Dulskiej, Wizycie starszej pani czy Profesji pani Warren), prostych i naiwnych dziewcząt (Abbie w Pożądaniu w cieniu wiązów), a także wyrazistych i pełnych humoru postaciach komediowych (Xenia w sztuce Maestro Abramowa-Newerlego, Valida Vrana w Babie-Dziwo według Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej) czy w rolach wywodzących się z teatru absurdu (Stara w Krzesłach Ionesco).

Potrafiła także śmiać się z własnego emploi. W sztuce Helmuta Kajzara Gwiazda Andrycz parodiowała swój manieryczny styl, czym udowodniła, że stać ją także na dystans do siebie. Znacznie lepiej pokazuje to jednak historia sprzed kilku lat: w Teatrze Polskim na uroczystym spotkaniu poświęconym Arnoldowi Szyfmanowi jedna z aktorek powiedziała głośno: „Niestety, nie miałyśmy równych szans. Najlepsze kąski rezerwowała sobie Andrycz. Ja tylko raz zagrałam główną rolę – jedynie dlatego, że Andrycz wyjechała akurat z delegacją swojego męża. To oburzające”. Kiedy po tych słowach na sali zapadła absolutna cisza, spokojnym głosem odezwała się Nina Andrycz: „Tak, byłam wtedy w Chinach. Niestety, po rozpaczliwych telefonach od dyrekcji musiałam wracać, ponieważ frekwencja gwałtownie spadała. Owszem, byłam nie do zastąpienia”.

Przeglądając recenzje ze spektakli, w których grała Nina Andrycz, można dojść do wniosku, że wszystkie jej role były wspaniałe. Także w czasach, kiedy królowała na warszawskiej scenie, rzadko kiedy można było usłyszeć lub przeczytać krytyczne opinie. Dyrektor gratulował, prasa chwaliła, a publiczność się zakochiwała. Nie oznaczało to jednak przychylności całego środowiska. Choć na zewnątrz kochana i podziwiana, stawała się niekiedy obiektem zazdrości i intryg. W jednej ze swoich autobiograficznych powieści tak wspominała pracę nad rolą Kasandry w Orestei reżyserowanej przez Arnolda Szyfmana: „Od pierwszej czytanej próby zaczęła mi ona wchodzić w krew. Grająca Elektrę Barszczewska nie pomyliła się co do utworzenia kliki w naszym teatrze… Lecz pomimo krecich podchodów i zręcznie uplecionych donosików do dyrekcji – 20 marca A.D. 47 odniosłam duży sukces jako Kasandra. Dyrektor Szyfman oficjalnie pogratulował mi zwycięstwa. Niedobici akowcy wzruszyli się na widowni, gdyż upadek Troi, który przepowiadałam, kojarzył im się z upadkiem Warszawy”[5]. Jednak z drugiej strony: „zawsze czułam się »osobna«. Nie należałam do grupy wzajemnego wsparcia, nie piłam wódki po SPATiF-ach, nie plotkowałam. A to również budziło niechęć. Być może myślano, że się wywyższam, ale ja po prostu miałam taki charakter. Zamiast uczestniczyć w zakrapianych biesiadach, wolałam poczytać książkę albo napisać wiersz”[6].

Jest w tych słowach z pewnością wiele kokieterii, ale niepozbawionej prawdy. Oprócz uprawiania zawodu aktorki, Nina Andrycz zajmowała się także poezją. Pisała wiersze, które opublikowała m.in. w tomikach To teatr czy Rzeka bez nazwy. Jest także autorką trzech powieści autobiograficznych: My rozdwojeni, Bez początku, bez końca oraz Patrzę i wspominam. Interesowała się również antropozofią. Za swojego duchowego przewodnika i doradcę uważała antropozofa i mistyka z Komorowa, Roberta Waltera. Zwracała się do niego w najtrudniejszych chwilach swojego życia, prosząc również o poradę w sprawie tak ważnej, jak choćby zawarcie związku małżeńskiego z premierem Józefem Cyrankiewiczem.

Po raz pierwszy zobaczył ją na scenie w grudniu 1946 roku, kiedy grała Dorymenę w Szkole obmowy Wojciecha Bogusławskiego. Przesłał jej róże, do których doczepił karteczkę ze swoimi inicjałami. Aktorka nie miała pojęcia, kto przysłał piękny bukiet. Po jakimś czasie sytuacja się powtórzyła. Wkrótce Cyrankiewicz zaczął zabiegać o spotkanie, jednak Andrycz od początku trzymała go na dystans. Kiedy Zbigniew Mitzner próbował umówić ją z politykiem, dała mu zdecydowaną odpowiedź: „Upoważniam pana do przekazania premierowi, że polityka jako taka zupełnie mnie nie interesuje. Że do partii ani teraz, ani potem na pewno nie wstąpię. Powinno go to ostudzić… On zdaje się ostatnio pytał pana, w co ja wierzę. […] No to niech mu pan rąbnie prosto z mostu: »Ona wierzy w Boga oraz w życie pozagrobowe«. I choćby z tego powodu absolutnie nie nadaje się do flirtu, nawet z tak wysoko postawionym urzędnikiem państwowym”[7]. W słowach tych sporo jest oczywiście kreacji. Doszło nie tylko do spotkania, ale po zaledwie kilku miesiącach również do ślubu, którego świadkami byli Arnold Szyfman i Władysław Gomułka – było to symboliczne przypieczętowanie związku sztuki i polityki, który na kilka lat zdeterminował życie Niny Andrycz.

W ówczesnej rzeczywistości politycznej stanowili zupełnie wyjątkową parę. O żonach członków partii nic nie wiedziano i też starano się trzymać je w cieniu. Tymczasem Nina Andrycz błyszczała i robiła karierę artystyczną, często obowiązki aktorki przedkładając nad powinności żony premiera. Zawsze podkreślała swoją zawodową niezależność. Uparła się przy zatrzymaniu panieńskiego nazwiska, co wywołało nie lada oburzenie w kręgach dyplomatycznych. Będąc kiedyś z mężem w Moskwie na delegacji, przypadkiem usłyszała w radiu komunikat, że z powodu jej nieobecności wieczorne przedstawienie Cyda zostaje odwołane. Bez wahania i w tajemnicy przed mężem pojechała na lotnisko i wróciła do Warszawy, aby zagrać Szimenę. Obawiano się wielkiego skandalu dyplomatycznego, ale Stalin skomentował jej postawę słowami: „Widać ta kobieta bardzo kocha swoją pracę”. Nina Andrycz nigdy nie ukrywała, że teatr był dla niej najważniejszy. W czasie całego ich małżeństwa Cyrankiewicz, przechodząc obok Teatru Polskiego, miał w zwyczaju uchylać kapelusza i mówić: „Oto mój rywal najgroźniejszy”.

Wieloletnie małżeństwo z Cyrankiewiczem nie pozostawało bez wpływu także na recepcję aktorstwa Andrycz. Gdy w listopadzie 1956 roku grała Świętą Joannę w sztuce George’a Bernarda Shawa, publiczność nie mogła nie zauważyć jej dwuznacznego statusu – aktorki i żony polityka. „Andrycz, która tym razem zamiast pereł i korony wkłada zgrzebną, więzienną szatę, na scenie jest jednocześnie sobą – żoną premiera, o czym świadczą kierowane ku niej wiwaty na cześć władzy – jak i postacią symbolizującą terror totalitaryzmu, oskarżającą o zbrodnie tę samą władzę, której ciągłość gwarantuje postać Cyrankiewicza” – napisała w swojej książce o największych aktorkach PRL Dorota Sosnowska[8]. Z drugiej strony w dość kuriozalnej sytuacji znalazło się wielu krytyków recenzujących przedstawienia z udziałem aktorki. W ich recenzjach jak mantra powtarzają się komplementy o jej pięknym wyglądzie i, w przypadku ról poniżej statusu królowych, uwagi o tym, w jak znakomity i zaskakujący sposób potrafi odrzucić własną manierę na rzecz naturalności i prostoty. Takie opinie budzą dziś uzasadnione podejrzenie o ingerencje cenzury. Janusz Głowacki wspominał, jak po przygotowaniu krytycznej recenzji z Pożądania w cieniu wiązów złożyli mu wizytę dwaj smutni panowie. Sprawę udało się załagodzić, jednak dziś trudno ocenić, jak wiele podobnych spotkań poprzedziło publikacje opinii o spektaklach.

Abstrahując od tego typu incydentów, przyznać należy, że aktorka rzetelnie zapracowała na uznanie. Swój zawód traktowała zawsze jako misję. W jednym z wywiadów mówiła: „Jako dziewczynka mało rozumiałam z tego, co przeżywa student Raskolnikow, ale wiedziałam, że zmaga się z czymś ważnym, że Sonia go kocha i mu pomoże. Jeżeli ja to tak przeżyłam w wieku dziewięciu lat, to dlaczego teraz ja swoimi rolami nie mogę na kogoś wpłynąć?”[9]. Głęboko wierzyła w taki sens swojej pracy. „Powtarzając z zapałem myśl wielkiego dramaturga, rzeźbiąc piękne słowo poety – można stawać się rzecznikiem mądrości Ajschylosa, Szekspira czy Słowackiego. Można rosnąć, uprawdopodobniając na scenie dzieje tak niezwykłych istot jak Kasandra, Ofelia, Antygona”[10] – zanotowała w swoim dzienniku.

Jej aktorstwo miało jeszcze jeden istotny wymiar. W szarej rzeczywistości Polski Ludowej, gdzie kobiety najchętniej widziano na traktorach i w fabrykach, królewskie bohaterki Andrycz przywodziły na myśl świat świetności i luksusu, o którym ówczesne obywatelki mogły jedynie marzyć. Grane przez nią postaci budziły podziw i zachwyt, dając widzom chwilę wytchnienia i zapomnienia od codzienności. Sama Andrycz doskonale zdawała sobie z tego sprawę: „W Polsce nastał stalinizm, szerzyły się bieda i beznadzieja, ale ludzie chcieli oglądać w teatrze piękne, władcze damy w strojnych sukniach, w perłach, z koroną. Nie można im było odmówić tej przyjemności. Stałam się wyrazicielką społecznego marzenia o świecie, który został ludziom bezpowrotnie odebrany. Dawałam im złudzenie rzeczywistości, którą przecież doskonale pamiętali. Z jasnym podziałem ról, hierarchizacją, ale także otwartym dostępem do europejskiej i światowej literatury, podczas gdy w księgarniach dostępne były jedynie produkcyjniaki”[11]. Nie sposób nie dostrzec w tym pewnego paradoksu: żona socrealistycznego premiera wciela się w postaci, które nie przystają do obowiązującego wzorca ideologicznego.

Nina Andrycz rozstała się z Teatrem Polskim w 2004 roku. Wciąż jednak, aż do swojej śmierci pod koniec stycznia 2015 roku, pozostawała aktywna zawodowo. Mając sto lat, występowała w Wilnie, do którego niegdyś uciekła przed swoją miłością do Węgierki. W Polsce po raz ostatni można było ją zobaczyć w roli Sary Bernhardt, którą zagrała w musicalu Janusza Józefowicza Polita. Wystąpiła w kilku filmach i serialach, choć nigdy nie przepadała ani za kinem, ani za telewizją. Na bieżąco śledziła to, co działo się we współczesnym teatrze, jednak krytycznie się do niego odnosiła: „Zresztą trudno mi wyobrazić siebie w aktualnie obowiązujących modach teatralnych. Dzisiaj teatrem rządzi absurdalna golizna i atakowanie Bogu ducha winnego tekstu. Szekspir nie jest Szekspirem, nawet Czechow jest idiotycznie »uwspółcześniony«. Mnie to razi i denerwuje” – mówiła w jednym z wywiadów. Równocześnie krytycznie wypowiadała się na temat dzisiejszej rzeczywistości: „Obecnie jestem osobą całkowicie dojrzałą i żyję w okresie cywilizacyjnym, którego poglądów i gustów nie podzielam. Jako artystka zawsze uwielbiałam i nadal uwielbiam harmonię. Złączenie wojujących przeciwieństw w błogosławioną jednię. Nie widać, niestety, ani śladu harmonii w naszej obecnej euroamerykańskiej rzeczywistości”[12].

W tych słowach nie ma jednak żalu. Tym bardziej, że ich autorką jest stuletnia kobieta o bogatym życiorysie i ogromnym talencie. Kobieta, która w swoim życiu dokonała bardzo wiele i która nigdy nie żałowała żadnej ze swoich decyzji. Kobieta absolutnie spełniona, która pod koniec życia ze spokojem zwracała się w stronę przeszłości. „Tak dobrze pamiętam moich mistrzów – wspominała. – Zapisany na taśmie głos Osterwy nie ma nic wspólnego z tym, czego doświadczaliśmy, słuchając go na scenie. Jaracz wstydził się kamery, Stanisława Wysocka dopiero na starość wystąpiła w kilku filmach, Przybyłko-Potocka chyba w żadnym. Poza Junoszą-Stępowskim nikt z moich wielkich mentorów nie zaistniał w kinie. Pozostali tylko jako postacie z teatralnej legendy, utrwaleni na fotografiach, w opisach przedstawień. Dlatego mam wrażenie, że trzeba o nas pisać i mówić jak najwięcej. I najczęściej. Tylko to w końcu zostaje. Słowa. I pamięć”[13].



[1]   Ł. Maciejewski, Aktorki. Spotkania, Warszawa 2012, s. 47.

[2]   Tamże, s. 27.

[3]   Tamże, s. 28-29.

[4]   N. Andrycz, Patrzę i wspominam, Warszawa 2012, s. 76.

[5]   N. Andrycz, Bez początku, bez końca, Warszawa 2003, s. 224.

[6]   Ł. Maciejewski, dz. cyt., s. 22.

[7]   N. Andrycz, Bez początku…, dz. cyt., s. 228.

[8]   D. Sosnowska, Królowe PRL, Warszawa 2014, s. 149.

[9]   Kiedy jest się naprawdę gwiazdą…, „Gazeta Wyborcza” 2001, nr 5, dodatek „Wysokie Obcasy” 2001 nr 1, s. 10.

[10] N. Andrycz, Bez początku…, dz. cyt., s. 264.

[11] Ł. Maciejewski, dz. cyt., s. 34.

[12] N. Andrycz, Patrzę…, dz. cyt., s. 10.

[13] Ł. Maciejewski, dz. cyt., s. 49.

template Joomla